czwartek, 24 września 2015

Czym jest The Stanley Parable?

Dzieło małego studia Galactic Cafe pod tytułem The Stanley Parable rozpoczyna się od krótkiego intra, w którym ciepły, brytyjski głos wprowadza nas w historię człowieka imieniem Stanley. Poznajemy jego nudną, powtarzalną pracę polegającą na naciskaniu klawiszy podług instrukcji wyświetlanych na ekranie. Dowiadujemy się, że nasz bohater lubi swoją profesję i jej monotonię. Jednak pewnego dnia wydarza się coś niezwykłego - Stanley zostaje sam w biurze. Wówczas gracz otrzymuje kontrolę nad działaniami bohatera i z perspektywy pierwszej osoby zaczyna przemierzać korytarze i pokoje pustej korporacji, za jedynego towarzysza mając narratora komentującego wszystkie jego poczynania. Po krótkiej chwili trafia do pokoju, w którym jest para drzwi i słyszy komentarz "Stanley przeszedł przez drzwi po lewej stronie". I wtedy właśnie The Stanley Parable zaczyna się naprawdę.
Uważny czytelnik zwrócił z pewnością uwagę, że w powyższym akapicie unikałem słowa „gra”. Unikałem świadomie, gdyż w poniższym tekście chciałbym się zastanowić, czy The Stanley Parable jest w ogóle grą. Z tym dziełem jest trochę jak ze słynnym eksperymentem Schrödingera, w którym kot jest jednocześnie żywy i martwy. Istotą TSP jest ciągłe negocjowanie znaczenia wyborów gracza, igranie z jego przyzwyczajeń i komentowanie różnorakich elementów stałych dla rozrywki elektronicznej. Jednym z najbardziej niesamowitych aspektów kontaktu z tym tytułem jest jego autoreferencjalność. Niemal na każdym kroku The Stanley Parable zaprasza gracza do metazabawy polegającej na niezwykłym wrażeniu obcowania z „grą”, która cały czas przypomina i bawi się faktem, że jest grą (w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że postmodernistyczny fajerwerk, jakim jest TSP nie jest łatwą rzeczą do opisania). I choć z początku zostajemy wprowadzeni w sytuację fabularną oraz zastosowana zostaje perspektywa pierwszej osoby, to dość szybko zostajemy wyrwani z imersji i zmuszeni do konfrontacji ze wszechobecną umownością. Do tego dochodzi narrator, a w zasadzie to Narrator – centralna postać całego projektu, którego instancja również zostaje poddana negocjacji. We ”właściwym” zakończeniu, w którym podążamy cały czas ścieżką proponowaną nam przez narratora, wszystko wydaje się być na miejscu (poza niebywale ironicznym faktem, że naszym celem jest zniszczenie maszyny kontrolowania umysłów, czego dokonujemy wykonując polecenia bezcielesnego głosu). Jednak w innych momentach gry słyszymy, jak narrator przewraca kartki ze scenariuszem, zdaje sobie sprawę, że nie jesteśmy Stanleyem tylko rzeczywistą osobą albo nawet zostaje zmieniony przez damski głos.

Ciężko w takim krótkim rancie objąć całość geniuszu, jaki tryska z każdego piksela The Stanley Parable. Wróćmy więc do pytania wyjściowego – czy jest to gra, czy też nie? W tym przypadku o wiele bardziej odpowiada mi termin „eksperyment narracyjny”, co bardziej oddaje moim zdaniem ten niewiarygodny mariaż formy i treści, jaki proponuje nam Galactic Cafe. Aby jednak odpowiedzieć na powyższe zagadnienie, musielibyśmy precyzyjnie określić definicję gry. Jeżeli zwracamy uwagę wyłącznie na aspekt techniczny, czyli program, którego interfejs pozwala użytkownikowi na wpływanie na sytuację na ekranie, to wówczas niewątpliwie nią jest. Jednak w aspekcie ludycznym, czyli wysiłku logicznego lub zręcznościowego – zdecydowanie nie. Można zwrócić uwagę, że gra nie musi testować żadnych umiejętności gracza i może istnieć tylko dla fabuły, czego dobrym przykładem byłoby chociażby Gone Home. Jednak The Stanley Parable jest pozbawiony również i tego aspektu – „historia” gry jest jedynie kolejnym punktem wyjścia do postmodernistycznej zabawy z użytkownikiem. W dzieło Galactic Cafe się nie gra – je się poznaje, doświadcza. W pewnym więc sensie samo zastanawianie się nad genologią tego cudu jest przedłużeniem przyjemności obcowania z nim. A jest to największa przyjemność, jaka spotkała mnie w moim kontakcie z kulturą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz