Dzieło
małego studia Galactic Cafe pod tytułem The
Stanley Parable
rozpoczyna się od krótkiego intra, w którym ciepły, brytyjski
głos wprowadza nas w historię człowieka imieniem Stanley.
Poznajemy jego nudną, powtarzalną pracę polegającą na naciskaniu
klawiszy podług instrukcji wyświetlanych na ekranie. Dowiadujemy
się, że nasz bohater lubi swoją profesję i jej monotonię. Jednak
pewnego dnia wydarza się coś niezwykłego - Stanley zostaje sam w
biurze. Wówczas gracz otrzymuje kontrolę nad działaniami bohatera
i z perspektywy pierwszej osoby zaczyna przemierzać korytarze i
pokoje pustej korporacji, za jedynego towarzysza mając narratora
komentującego wszystkie jego poczynania. Po krótkiej chwili trafia
do pokoju, w którym jest para drzwi i słyszy komentarz "Stanley
przeszedł przez drzwi po lewej stronie". I wtedy właśnie The
Stanley Parable
zaczyna się naprawdę.
Uważny
czytelnik zwrócił z pewnością uwagę, że w powyższym akapicie
unikałem słowa „gra”. Unikałem świadomie, gdyż w poniższym
tekście chciałbym się zastanowić, czy The
Stanley Parable
jest w ogóle grą. Z tym dziełem jest trochę jak ze słynnym
eksperymentem Schrödingera, w którym kot jest jednocześnie żywy i
martwy. Istotą TSP
jest
ciągłe negocjowanie znaczenia wyborów gracza, igranie z jego
przyzwyczajeń i komentowanie różnorakich elementów stałych dla
rozrywki elektronicznej. Jednym z najbardziej niesamowitych aspektów
kontaktu z tym tytułem jest jego autoreferencjalność. Niemal na
każdym kroku The
Stanley Parable
zaprasza gracza do metazabawy polegającej na niezwykłym wrażeniu
obcowania z „grą”, która cały czas przypomina i bawi się
faktem, że jest grą (w tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że
postmodernistyczny fajerwerk, jakim jest TSP
nie jest łatwą rzeczą do opisania). I choć z początku zostajemy
wprowadzeni w sytuację fabularną oraz zastosowana zostaje
perspektywa pierwszej osoby, to dość szybko zostajemy wyrwani z
imersji i zmuszeni do konfrontacji ze wszechobecną umownością. Do
tego dochodzi narrator, a w zasadzie to Narrator – centralna postać
całego projektu, którego instancja również zostaje poddana
negocjacji. We ”właściwym” zakończeniu, w którym podążamy
cały czas ścieżką proponowaną nam przez narratora, wszystko
wydaje się być na miejscu (poza niebywale ironicznym faktem, że
naszym celem jest zniszczenie maszyny kontrolowania umysłów, czego
dokonujemy wykonując polecenia bezcielesnego głosu). Jednak w
innych momentach gry słyszymy, jak narrator przewraca kartki ze
scenariuszem, zdaje sobie sprawę, że nie jesteśmy Stanleyem tylko
rzeczywistą osobą albo nawet zostaje zmieniony przez damski głos.
Ciężko
w takim krótkim rancie objąć całość geniuszu, jaki tryska z
każdego piksela The
Stanley Parable.
Wróćmy więc do pytania wyjściowego – czy jest to gra, czy też
nie? W tym przypadku o wiele bardziej odpowiada mi termin
„eksperyment narracyjny”, co bardziej oddaje moim zdaniem ten
niewiarygodny mariaż formy i treści, jaki proponuje nam Galactic
Cafe. Aby jednak odpowiedzieć na powyższe zagadnienie, musielibyśmy
precyzyjnie określić definicję gry. Jeżeli zwracamy uwagę
wyłącznie na aspekt techniczny, czyli program, którego interfejs
pozwala użytkownikowi na wpływanie na sytuację na ekranie, to
wówczas niewątpliwie nią jest. Jednak w aspekcie ludycznym, czyli
wysiłku logicznego lub zręcznościowego – zdecydowanie nie. Można
zwrócić uwagę, że gra nie musi testować żadnych umiejętności
gracza i może istnieć tylko dla fabuły, czego dobrym przykładem
byłoby chociażby Gone
Home.
Jednak The
Stanley Parable
jest pozbawiony również i tego aspektu – „historia” gry jest
jedynie kolejnym punktem wyjścia do postmodernistycznej zabawy z
użytkownikiem. W dzieło Galactic Cafe się nie gra – je się
poznaje, doświadcza. W pewnym więc sensie samo zastanawianie się
nad genologią tego cudu jest przedłużeniem przyjemności obcowania
z nim. A jest to największa przyjemność, jaka spotkała mnie w
moim kontakcie z kulturą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz