czwartek, 24 września 2015

Dlaczego Virtusi nie zdobędą olimpijskiego złota

E-sport rośnie w siłę. To, co jeszcze kilka lat temu było zabawą no-lifów, obecnie staje się ogólnoświatowym fenomenem. Czterdzieści tysięcy osób na stadionie oglądających finał czwartych mistrzostw świata w Leauge of Legends, wypchany po brzegi katowicki Spodek w trakcie Intel Extreme Masters czy status Starcrafta jako narodowego sportu Korei Południowej to bardzo mocne argumenty w dyskusji na temat "Czy E-sport jest czymś poważnym". Zmagania naszej chluby narodowej, drużyny Virtus Pro wygrywającej turniej za turniejem w Counter Strike'a każe zadać pytanie, czy podobną popularność wirtualne zawody mogą zdobyć w Polsce. Niestety, odpowiedź wydaje się być negatywna.
Sport wydaje się być poważnie traktowany dopiero gdy staje się obecny na olimpiadzie. Jednak nic nie wskazuje, aby walki na Summoner's Rift czy potyczki na de_dust2 owocowały złotymi krążkami okraszonymi hymnem narodowym. Mimo obecności tego kluczowego słowa w nazwie aktywności rozpalającej coraz szersze rzesze ludzi na całym świecie, e-sport nigdy nie stanie się sportem z prostego powodu - ponieważ ciągle obracamy się wśród gier. Te dwa pojęcia w momencie przejścia do formatów turniejowych stają się polarne ze względu na opozycję aktywności umysłowej do fizycznej. Warto jednak się zastanowić, co sprawia, że to kilkunastu facetów goniących szmacianą kulę działa na wyobraźnie połowy globu, a nie herosi komputerowego ekranu.
Wydaje mi się, że podstawowy problem leży w przejrzystości rozgrywki. Kiedy oglądamy w telewizji dowolną transmisję sportową, rozgryzienie zasad przeważnie jest kwestią chwili. Nie mówię nawet o tak oczywistych dyscyplinach, jak skok wzwyż czy biegi. Pięć minut z dowolnym meczem piłki nożnej wystarczy, aby mniej więcej wiedzieć, o co chodzi. Tak samo jest z siatkówką, koszykówką czy nawet skomplikowanym w porównaniu z innymi hokejem. Spróbujcie wytłumaczyć komuś nawet w kwadrans, na czym polega Leauge of Legends. Może podstawowy zarys meczu jesteśmy w stanie przekazać, jednak stajemy wobec ściany kiedy przychodzi do samego oglądania. Aby rozumieć fajerwerki na ekranie, musimy poświęcić dużo czasu na poznanie bohaterów, ich umiejętności, tego co robią potwory w dżungli etc. Tak samo nieprzenikniony jest Starcraft, odrobinę łatwiej jest przy Counter-Striku, jednak tu dla odmiany chaos wprowadza perspektywa pierwszej osoby. Wydaje się też, że barierą nie do przejścia jest fakt, że te gry są komercyjnym produktem jakiejś firmy i zawsze będą z nią związane, podczas gdy sporty są czymś w rodzaju dobra ogólnego. Innym problemem jest brak rozgrywek narodowych w esporcie i chociaż czujemy dumę, kiedy Virtusi ogrywają kolejne drużyny, nie jest to ten sam kaliber, w jakim dyskurs narodowy wiąże się z profesjonalnym sportem, a co jest ważnym czynnikiem jego gigantycznej popularności.

Czy jest to jednak powód do zmartwień? Nie sądzę. Gry miały już swoje momenty, w których rozpalały wyobraźnię całego globu (przykładem niech będzie Fischer-Spasski) i jeszcze z pewnością będą je miały. Zamiast aspirować do usunięcia literki "e" powinniśmy skupić się na dalszym umacnianiu statusu e-sportu jako czegoś więcej niż zabawy dla gimnazjalistów. Kiedy przypominam sobie ryk Spodka w trakcie finałów LOLa, to jestem przekonany, że może być tylko lepiej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz