E-sport
rośnie w siłę. To, co jeszcze kilka lat temu było zabawą
no-lifów, obecnie staje się ogólnoświatowym fenomenem.
Czterdzieści tysięcy osób na stadionie oglądających finał
czwartych mistrzostw świata w Leauge of Legends, wypchany po brzegi
katowicki Spodek w trakcie Intel Extreme Masters czy status
Starcrafta jako narodowego sportu Korei Południowej to bardzo mocne
argumenty w dyskusji na temat "Czy E-sport jest czymś
poważnym". Zmagania naszej chluby narodowej, drużyny Virtus
Pro wygrywającej turniej za turniejem w Counter Strike'a każe zadać
pytanie, czy podobną popularność wirtualne zawody mogą zdobyć w
Polsce. Niestety, odpowiedź wydaje się być negatywna.
Sport
wydaje się być poważnie traktowany dopiero gdy staje się obecny
na olimpiadzie. Jednak nic nie wskazuje, aby walki na Summoner's Rift
czy potyczki na de_dust2 owocowały złotymi krążkami okraszonymi
hymnem narodowym. Mimo obecności tego kluczowego słowa w nazwie
aktywności rozpalającej coraz szersze rzesze ludzi na całym
świecie, e-sport nigdy nie stanie się sportem z prostego powodu -
ponieważ ciągle obracamy się wśród gier. Te dwa pojęcia w
momencie przejścia do formatów turniejowych stają się polarne ze
względu na opozycję aktywności umysłowej do fizycznej. Warto
jednak się zastanowić, co sprawia, że to kilkunastu facetów
goniących szmacianą kulę działa na wyobraźnie połowy globu, a
nie herosi komputerowego ekranu.
Wydaje
mi się, że podstawowy problem leży w przejrzystości rozgrywki.
Kiedy oglądamy w telewizji dowolną transmisję sportową,
rozgryzienie zasad przeważnie jest kwestią chwili. Nie mówię
nawet o tak oczywistych dyscyplinach, jak skok wzwyż czy biegi. Pięć
minut z dowolnym meczem piłki nożnej wystarczy, aby mniej więcej
wiedzieć, o co chodzi. Tak samo jest z siatkówką, koszykówką czy
nawet skomplikowanym w porównaniu z innymi hokejem. Spróbujcie
wytłumaczyć komuś nawet w kwadrans, na czym polega Leauge of
Legends. Może podstawowy zarys meczu jesteśmy w stanie przekazać,
jednak stajemy wobec ściany kiedy przychodzi do samego oglądania.
Aby rozumieć fajerwerki na ekranie, musimy poświęcić dużo czasu
na poznanie bohaterów, ich umiejętności, tego co robią potwory w
dżungli etc. Tak samo nieprzenikniony jest Starcraft, odrobinę
łatwiej jest przy Counter-Striku, jednak tu dla odmiany chaos
wprowadza perspektywa pierwszej osoby. Wydaje się też, że barierą
nie do przejścia jest fakt, że te gry są komercyjnym produktem
jakiejś firmy i zawsze będą z nią związane, podczas gdy sporty
są czymś w rodzaju dobra ogólnego. Innym problemem jest brak
rozgrywek narodowych w esporcie i chociaż czujemy dumę, kiedy
Virtusi ogrywają kolejne drużyny, nie jest to ten sam kaliber, w
jakim dyskurs narodowy wiąże się z profesjonalnym sportem, a co
jest ważnym czynnikiem jego gigantycznej popularności.
Czy
jest to jednak powód do zmartwień? Nie sądzę. Gry miały już
swoje momenty, w których rozpalały wyobraźnię całego globu
(przykładem niech będzie Fischer-Spasski) i jeszcze z pewnością
będą je miały. Zamiast aspirować do usunięcia literki "e"
powinniśmy skupić się na dalszym umacnianiu statusu e-sportu jako
czegoś więcej niż zabawy dla gimnazjalistów. Kiedy przypominam
sobie ryk Spodka w trakcie finałów LOLa, to jestem przekonany, że
może być tylko lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz